Szukaj

Posty RSS

Komentarze RSS

 

5 Myths about being a translator

sie 16

“Aren’t you afraid that technology will take over your job?” – a pot of gold to a translator who has never heard this sentence. No, translators are not concerned about such matters. It is true that today we have a lot of apps and special tools to translate words. What they cannot do, however, is to understand the context of the phrase or the entire text. As long as computers are not able to think for themselves, the translation profession is safe.

Another common misconception that drives translators crazy is the assumption that anyone who knows a foreign language can translate. Think about it this way; just because you know how to use computer does not necessarily make you a software programmer. That requires training, studies and a variety of skills. The same goes with translating; even if you are familiar with two languages, that does not mean you can call yourself a translator. To become one, you need to go through training, not only theoretical but also practical. Experience matters here as well. Also, do not forget that there are different types of translations: medical, technical, literature, to name a few. If you want to be a respected and professional translator, you cannot do without proper training.

“If I pay you more, can you do it faster?” I am pretty sure that this line will make translators roll their eyes. The answer is: no. And please remember that just because you have a lot of money to spend, it will not make a translator work faster. Why? Because the process of translating does not consist only of writing words from one language to another. You need to read the source text, find a context, translate, check your work, proofread… It takes time. Of course there are certain circumstances when, for example, you will get the translated text the same day but it all depends on the number of words. But, at the end of a day it’s up you: you can have a well-translated text or just one done quickly.

Many people believe that there is only one translation possible for each text. Trust me, if you give the same text to five skilled translators, you will get five different translations and I can assure you they all will be correct. Why? Because we have a magical world of synonyms. And in most languages, one word has  many equivalents. Remember, just because you would use a different word does not mean that another one is wrong.

And finally, the last misconception: the number of pages in the source text will be exactly the same as in the target text. It will not, simply because languages differ. Some, such as Polish are very descriptive, so you will definitely produce more words. Never forget that idioms are also different and translating them directly from one language to another will make no sense.

Remember that a translator is not a robot and will not sit 24/7 and work on your text. The best professionals will be happy to deal with your text but give them a little time. Trust me: they know what they are doing. :)

(MW)

Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • Blip
  • Digg
  • Technorati
  • del.icio.us
  • Blogger.com
  • LinkedIn

Zabawy językiem polskim, czyli „korporacyjna nowomowa”

sie 10

Wyobraź sobie ogromną, naszpikowaną boksami przestrzeń biurową. Wszyscy gdzieś dzwonią, krzyczą, sprzedają. Klikanie klawiatury, szum klimatyzacji oraz unoszący się w powietrzu zapach przypalonej kawy dopełniają słowa, które dla laika mogą brzmieć jak bełkot licealisty. Praca w „korpo” ma jednak swoją cenę, również lingwistyczną.

Angielski już dawno zagościł w słownictwie Polaków. Dla większości językoznawców takie zjawisko nie wydaje się jednak niczym nowym. Na dziewiętnastowiecznych salonach można było usłyszeć  wtrącenia z języka francuskiego, które uznawano za przejaw oczytania i  dobrego smaku. Francuskim posługiwali się poeci, arystokraci oraz ludzie nauki, a żeby zabłysnąć przed otoczeniem, należało go zgrabnie wplatać w swoje wypowiedzi.

Od wielu lat środowiska korporacyjne znajdują się w centrum zainteresowań badaczy języka. Pracownicy pisząc maile, rozmawiając przez telefon lub zapoznając się z polityką biura, przyzwyczajają się do języka angielskiego. Ponadto, w  miejscach gdzie najczęściej pracują  młodzi ludzie, poprawna pisownia spada na dalszy plan – przecież czas to pieniądz (ASAP!). Jak twierdzi prof. Jan Miodek, autorytet w kwestiach poprawnej polszczyzny, winę za angielskie zapożyczenia ponoszą właśnie korporacje: „To raczej wina korporacji. Jeśli można mówić o zaśmieceniu polszczyzny, to właśnie to zjawisko. Co gorsza, tworzone są tzw. ‘hybrydy’ – podstawa słowotwórcza jest angielska, a przedrostek polski, swojski. Tego jest teraz najwięcej. Oczywiście najczęściej wśród tych ‘korpoludków’”.

Czy czystość języka polskiego jest poważnie zagrożona? A może problem jest tak naprawdę wyolbrzymiany? Przecież każda grupa zawodowa posiada swoje własne, zrozumiale tylko dla jej członków słownictwo. Co więcej, według wielu teorii, język powinien się rozwijać (inaczej czeka go los podobny np. do łaciny, która nieużywana, zanikła na kartach historii). Zdaniem profesora Miodka, problem polega na tym, że specyficzny żargon korporacyjny przenosi się z oszklonych biurowców do życia codziennego.

Cóż, dopóki zdzielenie „korpo-szczura” słownikiem będzie zabronione, zatrzymanie tego procesu wydaje się niemożliwe.  Na szczęście korporacyjne rozmowy coraz częściej  pozostają przedmiotem anegdot, a nowomowę stosuje się w celach prześmiewczych. Dlatego też,  jeżeli nie wiesz, co zrobić gdy szef każe ci „szerować  kontent na asap!” i pojęcia nie masz, czy to już czas żeby „czelendżować skile” radzimy zachować zdrowy rozsądek i na wszelki wypadek przeczytać dobrą książkę.

(MW)

Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • Blip
  • Digg
  • Technorati
  • del.icio.us
  • Blogger.com
  • LinkedIn

Czy wszystko można i warto „spolszczać”?

lip 31

Często z różnych sfer usłyszeć można głosy, że „Polacy nie gęsi i swój język mają”, że naszą przestrzeń publiczną otacza bełkot różnego rodzaju reklam – napisów czy też billboard’ów w wielu rozmaitych językach. Większość witryn sklepowych zdobi, lub (według niektórych) –  szpeci anglojęzyczny SALE.

I tu pojawia się pierwsze pytanie, czy nie można zastąpić tego napisu polskim odpowiednikiem WYPRZEDAŻ? Bardziej radykalni obrońcy czystości polskiej mowy zapewne chętniej widzieliby tłumaczenie nazw własnych importowanych, zagranicznych produktów, jakie pojawiają się na półkach naszych sklepów w zamian za, pochodzące z różnych źródeł szyldy.

Jednak, czy nie jest to już przesada? Czy niektóre tłumaczenia nie byłyby śmieszne, czy nie brzmiałyby wręcz karykaturalnie?

Zacznijmy od działu spożywczego. Batonik „Kinder Bueno” nosiłby nazwę „Dzieci Białe”. Musicie przyznać, że brzmi to dziwnie, a nawet zakrawa o rasizm. Do popicia batonika na celowniku stawiamy napój energetyzujący „Red Bull”, a tu pojawia się – o zgrozo! – „Czerwony Byk (co w polskich realiach niektórym może się kojarzyć  co najwyżej z winem z dolnej półki).

Przenieśmy się do drogerii, aby zakupić kosmetyki i środki higieniczne. Tutaj, zamiast kosmetyków męskich marki „Old Spice” pojawia się „Stara Przyprawa”. Zaraz, jak to – przecież opuściliśmy już dział spożywczy? Tuż obok znajdujemy niejaki  szampon o nazwie „Gołąb” – czyli słynny „Dove”. W naszym położeniu – biorąc pod uwagę liczne zanieczyszczenia powodowane w miastach przez gołębie – kojarzy się to raczej pospolicie i nie wyraża subtelności czy delikatności, o którą w domyśle chodziło producentowi. Natomiast po dosłownym przetłumaczeniu nazwy dezodorantu „Axe” zastanawiam się, czy nie powinien znaleźć się on na dziale ogrodniczym lub narzędziowym, bo po polsku jest to po prostu „siekiera”.  W kontekście dezodorantu jest to raczej mało zachęcająca nazwa, gdyż w Polsce zwykło się mówić tak o panującym w pomieszczeniu zaduchu!

Jednak nie wszystkie nazwy po dosłownym tłumaczeniu na język polski straciłyby swój marketingowy walor. Papier toaletowy „Velvet” przywodziłby na myśl delikatny „Aksamit”, a czekoladki „Merci” ze swoim odpowiednikiem „Dziękuję” nadal idealnie nadawałyby się jako dowód wdzięczności dla mamy czy teściowej.

Jak sami widzicie, nie wszystko da się dosłownie przetłumaczyć. Dlatego często w przypadku tłumaczeń dla branży marketingowej stosuje się lokalizację, usługę polegającą na doborze tłumaczenia do kontekstu kulturowego.

(PK)

Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • Blip
  • Digg
  • Technorati
  • del.icio.us
  • Blogger.com
  • LinkedIn

Refrakcja w tłumaczeniu

lip 29

Termin „refrakcja” jest zapewne znany większości miłośników fizyki, bowiem znaczy on tyle co „zmiana kierunku rozchodzenia się fali elektromagnetycznej lub akustycznej, załamanie fali związane ze zmianą jej prędkości, gdy przechodzi do innego ośrodka”. Ale, co nie jest powszechnie znane, występuje on również w przekładoznawstwie. Wprowadzony został przez XX-wiecznego tłumacza i teoretyka przekładu André Lefevere’a.

Według jego zamysłu, każde tłumaczenie tekstu jest jego zmianą, która zawsze niesie ze sobą pewną przemianę ideologiczną; nazwę „refrakcja” Lefevere zaczerpnął z fizyki, później jednak bardziej skłaniał się ku terminowi „rewriting”.

Lefevere uważał, że przekład jest „refrakcją” oryginalnego tekstu, a każda taka czynność –  niezależnie od intencji jej twórcy – odbija pewien światopogląd, tym samym operując literaturą tak, aby wypełniała ona określone, pożądane przez autora funkcje.

Proces ten może mieć zarówno pozytywne, jak i negatywne rezultaty. Między innymi, wpływa na rozwój literatury, społeczeństwa i tworzenie się nowych gatunków literackich. Z drugiej strony, refrakcja może powodować zafałszowanie rzeczywistości, czy też powstrzymanie oryginalności, innowacyjności. Powyższy proces ma tym silniejszy wpływ na odbiorców, ponieważ większość czytelników nie jest profesjonalistami literackimi, a ich kontakt z literaturą opiera się w głównej mierze na tłumaczeniach. Z powodu nieznajomości języka nie mogą oni porównać oryginału przekładu z utworem wyjściowym.

Lefevere twierdzi, że tłumaczenie jest jedną z form prowadzących do stronniczego prezentowania rzeczywistości. Do innych należy np.: redagowanie, recenzowanie oraz tworzenie antologii. Ponadto refrakcja w znacznym stopniu przyczynia się do wykreowania wizerunku pisarza, jego dzieła lub nawet gatunku literackiego.

Teoria refrakcji zakłada, że świat literacki kontrolowany jest przez patronat i środowisko zawodowe. Jednak założenie to nie jest w pełni zrozumiałe – kwestia patronatu w założeniu Lefevere’a (która dzieli się na ekonomiczny, statutowy i ideologiczny) okazała się zbyt „sztywna”, a koncepcje składające się nań mogą występować w różnych kombinacjach.

Pomimo ograniczeń i nieścisłości model refrakcji jest niezwykle istotny ze względu na osadzenie procesu tłumaczeniowego w grupie działań, z którymi jest on nierozerwalnie związany.

(JH)

Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • Blip
  • Digg
  • Technorati
  • del.icio.us
  • Blogger.com
  • LinkedIn

Egzotyzacja i domestykacja przekładu

lip 27

Poza przekładami, w których można zaobserwować ekwiwalencję formalną i dynamiczną, wyróżniamy także tłumaczenia egzotyzujące i udomawiające. Można przyjąć, że podziału tego dokonał w XIX wieku niemiecki filozof Friedrich Schleiermacher. Uważał on między innymi, że proces tłumaczenia może zachodzić dwojako: poprzez przybliżenie autora do czytelnika, sprawiając, że tekst brzmi tak, jakby był napisany przez osobę z kręgu kulturowego odbiorcy tłumaczenia lub też odwrotnie – za pomocą swojej wiedzy na temat obyczajów i języka kraju autora, próbując przybliżyć czytelnikowi nieznane niuanse semantyczne utworu oryginalnego. Dopuszczał również możliwość „naginania” języka na który się tłumaczy, byle tylko przekazać oryginalny zamysł pisarza, czy też poety. Schleiermacher określał swój podział terminami „naturalizacja” oraz „alienacja”.

Współcześnie posługujemy się terminami „egzotyzacja” i „udomowienie” przekładu, które zawdzięczamy amerykańskiemu teoretykowi i tłumaczowi, Lawrence’owi Venutiemu.

Udomowienie jest strategią ukierunkowaną na kulturę docelową i jej specyfikę, nie zaś na oryginał. Występuje tu swego rodzaju hierarchizacja – kultura wyjściowa jest poniekąd podporządkowywana kulturze docelowej.

Tłumacz stara się przekładać płynnie, tak aby odbiorca doznawał iluzji czytania oryginału, aby odebrał takie samo wrażenie, jak czytelnik oryginału. Za przykład podać można biblijnego „baranka Bożego”, który został przetłumaczony dla Eskimosów jako „foka Boża” (nie znają oni barana jako zwierzęcia, foka jest więc bardziej zrozumiałym przykładem). Jednakże, może to prowadzić do wysnucia przez czytelnika wniosku, że obie kultury (docelowa i źródłowa) są podobne, co jest nieprawdą.

Egzotyzacja natomiast, ma za zadanie zachowanie jak najbliższej oryginałowi formy i specyficznych terminów tekstu wyjściowego. Strategia ta nacisk kładzie na uwydatnienie różnic obyczajowych i lingwistycznych, czasem okupionych nawet kosztem języka tłumaczenia. Venuti twierdzi, że strategia ta pozwala zachować „obcość” oryginału, nie prowadzi do podporządkowywania jednej kultury drugiej kulturze, a sam tekst jest wierny oryginałowi. Utwór przetłumaczony za pomocą tej strategii staje się (nie)stety trudniejszy
w odbiorze – czytelnik musi zmierzyć się ze zwyczajami obyczajowymi, które są mu nieznane, samodzielnie poznać kulturowe, obce zjawiska. Tym samym, wymaga to od niego większego, indywidualnego wkładu w odbiór utworu.

(JH)

Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • Blip
  • Digg
  • Technorati
  • del.icio.us
  • Blogger.com
  • LinkedIn
 
Atominium © www.atominium.com