Szukaj

Posty RSS

Komentarze RSS

 

Ładne mam adidasy?

sty 25

Jeśli Polak usłyszy zdanie „Idę pobiegać w moich nowych adidasach”, zrozumie po prostu, że jego rozmówca kupił sobie buty sportowe i chce w nich potrenować. Dla osób władających innymi językami takie zdanie będzie niosło inny przekaz – „kupiłem sobie buty marki Adidas i będę w nich biegać”. Skąd taka różnica? Tak jak w drugim zdaniu znaczenie poszczególnych słów jest dosłowne, tak w pierwszym przypadku możemy mówić o zjawisku nazywanym „generic name”. Dotyczy ono bardzo znanych w danych kręgach marek – ich popularność jest tak duża, że nazwa marki przenoszona jest na całą gamę podobnych produktów. Zjawisko to zachodzi w wielu różnych językach – ciekawym przykładem jest np. słowo „hoover”, oficjalnie funkcjonujące w słownikach języka angielskiego, będące odpowiednikiem polskiego odkurzacza lub też samej czynności odkurzania. Przeciętny użytkownik języka angielskiego nie zdaje sobie sprawy z faktu, że „hoover” pierwotnie był tylko nazwą marki odkurzaczów produkowanych przez jedną z amerykańskich firm.

Przykłady przejmowania nazw marek przez określone grupy produktów można by mnożyć. Wielu słów nie znajdziemy w słownikach, ale możemy określić je mianem internacjonalizmów, ponieważ funkcjonują w wielu językach – kto z nas nie kupował kiedyś pampersów, bez względu na to, co było napisane na opakowaniu pieluch? Niektórzy pamiętają jeszcze czasy, kiedy słuchało się walkmanów! Na ból głowy do dzisiaj najlepsza jest aspiryna, natomiast kiedy chcemy doprawić zupę na niedzielnym obiedzie, prosimy kogoś o podanie nam maggi.

Wymienione powyżej przykłady to tylko niektóre z najbardziej popularnych słów o tak specyficznej etymologii. W dzisiejszych czasach wiele czynników sprzyja tworzeniu się nowych „generic names”, które z pewnością można potraktować jako ciekawostki językowe. Przede wszystkim stanowią one jednak dowód na to, że język jest tworem nieustannie się aktualizującym, a o wejściu nowego wyrażenia do danego języka decydują wszyscy jego użytkownicy.

NL

Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • Blip
  • Digg
  • Technorati
  • del.icio.us
  • Blogger.com
  • LinkedIn

„Rzeź” Romana Polańskiego

sty 24

Od kilku dni na ekranach polskich kin gości najnowszy film Romana Polańskiego o sugestywnym tytule „Rzeź”. Podobnie jak poprzedni film reżysera, „Autor widmo”, licznie nagradzany w Europie – pozostaje on w dużej mierze ignorowany przez amerykańskie środowisko filmowe. Nie po raz pierwszy nad walorami artystycznymi przeważyły innego rodzaju kwestie.

Tymczasem sam film zdecydowanie zasługuje na uwagę. Obraz jest bardzo kameralny, całość akcja rozgrywa się w pomieszczeniach nowojorskiego mieszkania (z wyjątkiem samego początku i końca filmu). Bójka pomiędzy dwoma chłopcami skutkuje spotkaniem ich rodziców w celu wyjaśnienia sprawy. Choć początkowo wszystko przebiega kulturalnie, dość spokojnie i w atmosferze wzajemnego zrozumienia, to jednak stopniowo, z każdym kolejnym wypowiedzianym zdaniem i zmianą tonu głosu, atmosfera zaczyna się zagęszczać. Roman Polański, jak przystało na przedstawiciela kina autorskiego, ma swój charakterystyczny styl i formę opowiadania, w której czuje się najlepiej i za którą jest powszechnie podziwiany. Nie inaczej jest w „Rzezi”. Początkowo prezentowany przez bohaterów spokój, opanowanie i dążenie do kompromisu okazują się być jedynie formą, w którą wtłoczyła ich współczesna kultura i społeczeństwo. Polański, jak to ma w zwyczaju, pokazuje prawdziwy stan tej czwórki, pełen złości, frustracji, bezsilności i straconych złudzeń. Ale na tym poprzestaje, nie ocenia tych odcieni szarości, nie prawi morałów ani kazań. Mimo to film ma w sobie dużo elementów komediowych i w ciągu 79 minut seansu w sali kinowej często rozbrzmiewa śmiech. Duża w tym zasługa aktorów, cała czwórka wypadła rewelacyjnie. Może chwilami Jodie Foster wydaje się być trochę sztuczna, ale da się to uzasadnić postacią, którą przyszło jej grać.

Film można też zaliczyć do tych obrazów, w przypadku których nie można mieć zarzutów co do tłumaczenia tytułu. Pewnej zmiany dopuścił się sam reżyser, który oparł dzieło na podstawie sztuki Yasminy Rezy pt. „Bóg mordu” („Le Dieu du Carnage”).

Polskie tłumaczenia tytułów zagranicznych filmów to temat niezwykle barwny i stale zyskujący nowe, ciekawe przypadki. Takie przykłady jak „Wirujący seks” czy „Szklana pułapka” są już właściwie kultowe i nikomu nie trzeba ich przedstawiać. Z obecnego repertuaru kin także można wyłowić interesujące tłumaczenia, jak np. najnowszy film jednego z mistrzów współczesnego kina – Stevena Spielberga. „War horse”, gdyż taki jest oryginalny tytuł tej produkcji, opowiada o przyjaźni między chłopcem a koniem. Ukochane zwierzę trafia w sam środek walk I wojny światowej, a chłopiec próbuje je odnaleźć. Tymczasem polski dystrybutor zignorował fakt, że koń jest centralną postacią tej historii i na polskich plakatach widnieje tytuł „Czas wojny”. Niby wszystko zgodnie z prawdą, a jednak czegoś brakuje.

Nie jest to jedyny przykład tłumaczenia tytułu, które nie oddaje w pełni istoty filmu. Takim przypadkiem jest również triumfator ubiegłorocznych Oscarów „Jak zostać królem”. Nie da się ukryć, że obraz opowiada o staraniach księcia Alberta, aby być godnym królewskiego tronu. Jego zasadniczym problemem jest jąkanie się, a co za tym idzie – niezdolność do publicznych przemówień. Oryginalne „The King’s Speech” („Królewska mowa”) kładzie nacisk na określony element, nieobecny w polskim tytule. Zresztą istnieje obawa, że modła tłumaczenia filmów z użyciem formuły „jak zostać…” zagości u nas na dłużej. Na plakatach najnowszego filmu George’a Clooneya „Idy marcowe” („The Ides of March”) pod głównym tytułem widnieje podpis „Jak zostać prezydentem?”.

Niedosyt można też odczuwać w przypadku serialu „Gotowe na wszystko”. Tytuł oddaje niejako charakter głównych bohaterek, jednakże z „Desperate housewives” (w wolnym tłumaczeniu „Zdesperowane gospodynie domowe”) można było osiągnąć więcej. W USA to pojęcie weszło do języka potocznego, natomiast polszczyzna nie bardzo miała czym się wzbogacić.

Największą ofiarą polskich tłumaczeń w ostatnich latach pada twórczość Woody’ego Allena. Wyświetlane w polskich kinach w 2010 r. „Whatever Works” funkcjonowało jako „Co nas kręci, co nas podnieca”. Oryginał można by przetłumaczyć jako „Jakby nie było” (zresztą taka była pierwsza wersja) czy dosłownie „Cokolwiek działa”. Słowa te padają w filmie kilkakrotnie, w nich też wyraża się właściwie cała myśl przewodnia tej historii. Skąd taki pomysł na tytuł? Prawdopodobnie z chęci przedstawienia filmu przez dystrybutora jako tzw. komedii romantycznej. Świadczy o tym również plakat filmu, na którym nie ma… głównego bohatera(!). Zamiast zgryźliwego i neurotycznego staruszka pojawia się przystojny młodzian, grający raptem w kilku scenach. Podobne przypadki, choć już mniej rażące, miały miejsce przy kolejnym filmie Allena „Poznasz przystojnego bruneta”. Choć niewątpliwie jest coś na rzeczy, to jednak w „You will meet a tall dark stranger” („Poznasz wysokiego nieznajomego w czerni”) chodzi o coś innego – przyzna to każdy po uważnym obejrzeniu filmu. Historia wcale nie jest tak lekka i zabawna, jak sugeruje to tytuł czy krótkie fragmenty promocyjne. A na plakacie po raz kolejny zabrakło miejsca dla jednego z kluczowych bohaterów, tym razem dla starszej pani. Straciła je na rzecz sympatycznej skądinąd 27-letniej Freidy Pinto.

Jak widać, polskie tłumaczenia tytułów filmów stanowią czasami niewdzięczny temat i nic nie wskazuje na to, aby miało się to zmienić. Chyba że odnotowana w ubiegłym roku rekordowa popularność rodzimych produkcji w kinach przerodzi się w coś trwałego. Wówczas oferta zagraniczna, a tym samym kwestia przekładu tytułów, straci na znaczeniu.

Marcin Bień

Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • Blip
  • Digg
  • Technorati
  • del.icio.us
  • Blogger.com
  • LinkedIn

Sąd czy Sad? Miłość czy Milosc?

sty 20

Żyjemy w dobie wszechobecnych telefonów komórkowych. W raz z upływem lat, w miarę szerzenia się ich dostępności dla przeciętnego obywatela, zmieniały się również funkcje dodawane przez producentów do kolejnych modeli telefonów. W dzisiejszych czasach każdy, nawet najbardziej wybredny nabywca, może znaleźć model posiadający niezbędne dla niego opcje. Niezależnie od rodzaju telefonu, każdy z nich daje możliwość kontaktowania się z innymi za pomocą wysyłania informacji sms (ang. Short Message Service). Ogromna popularność tych krótkich wiadomości tekstowych przyczyniła się do powstania specyficznego stylu, który nie do końca respektuje zasady języka polskiego. Jeżeli tworząc wiadomość sms użyjemy polskiego znaku,  długość wiadomości zmniejszy się ze 160 do 140 znaków, a w nowszych modelach telefonów nawet do 70. Większość z nas, czy to ze względu na oszczędność (aby nie przekroczyć określonej ilości znaków i zamiast dwóch wiadomości wysłać jedną), czy też z lenistwa, godzi się na fakt pomijania polskich znaków.

Tymczasem specjaliści zajmujący się na co dzień sprawami języka mówią zgodnym głosem: ortografii zmienić się nie da. Stanowczo sprzeciwiają się upraszczaniu polszczyzny i pomijaniu polskich znaków twierdząc, że taka zmiana spowodowałaby więcej szkody niż pożytku. O ile w kontaktach prywatnych można się zawsze upewnić , „co autor miał na myśli”, o tyle w sprawach urzędowych potrzebna jest ścisłość w zdaniu wyrażonym przez nadawcę wiadomości. I tak czytając zdanie „Ide do sadu” nie można jednoznacznie stwierdzić czy chodzi o sad, czy może o sąd.

Kolejną kwestią skutkującą podziałem zdań w społeczeństwie jest stosowanie „ó” i „u”, „rz” i „ż”, a także „h” i „ch”. Każdego roku do Rady Języka Polskiego wpływają pisma w sprawie zmiany stosowania tych znaków. Jednakże i w tej kwestii nie zapowiada się na żadne zmiany chociażby ze względu na koszt, jaki trzeba byłoby ponieść na wydrukowanie podręczników szkolnych uwzględniających nową ortografię.

Innym powodem, dla którego w polszczyźnie nie zostaną wprowadzone tak drastyczne zmiany, jest utrata wszelkich chrzęszczeń, szeleszczeń i zgrzytów w języku. Czy dałoby się oszacować, ile piękna straciłaby wówczas literatura piękna tworzona w języku polskim? Jak brzmiałaby np. inwokacja do „Pana Tadeusza”?

Język polski się zmienia. Zmieniają się nasze przyzwyczajenia, pewne wyrażenia stosujemy tak często, że nie zwracamy uwagi na to, że nie są one zgodne z zasadami wpajanymi nam od najmłodszych lat. I chociaż każdemu zdarzają się pomyłki i momenty zawahania czy napisać „ch”, czy może „h”, oficjalnie wciąż obowiązują zasady gramatyki ustalone wiele lat wcześniej. Co przyniesie przyszłość? Czy rzeczywiście zmiany nie zostaną wprowadzone? Przekonamy się wkrótce.

MW

Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • Blip
  • Digg
  • Technorati
  • del.icio.us
  • Blogger.com
  • LinkedIn

Katarzyna Kozyra „Wystawa”

sty 18

Przejeżdżając codziennie obok Muzeum Narodowego często zastanawiałam się nad wybraniem się na wystawę Katarzyny Kozyry, zawsze było jednak coś ważniejszego, pilniejszego albo „pogoda była zła” ;) Muszę przyznać, że pojawiające się co chwilę informacje o „obrazoburczym charakterze” tej ekspozycji przekonały mnie, żeby w końcu zobaczyć to, co w tak znaczący sposób poruszyło serca części krakowian. Rzeczywiście wystawa była nieco „psychodeliczna” – być może ze względu na rozbrzmiewające bardzo głośno „Święto wiosny” Igora Strawińskiego, którego muzyka była ilustracją do jednego z dzieł Kozyry pod tym samym tytułem. Zwiedzając ekspozycję nie da się nie zauważyć nagości, krwi i brutalności, ale dla mnie była to jedna z ciekawszych wystaw, które widziałam w ostatnim czasie. Jest to z pewnością specyficzna forma sztuki mówiąca o tym, że nie wszystko w naszym życiu jest piękne, że ludzie chorują, starzeją się, a świat robi się coraz bardziej nieprzewidywalny. Moim zdaniem Kozyra nie zastanawiała się nad tym, czy zaszokuje widza lub obrazi jego uczucia. – chciała raczej pokazać świat takim, jakim widzi go ona  (i nie tylko). Jak wygląda rzeczywistość, bez grafiki komputerowej, która wszystko upiększa? Świat według Kozyry być może nie jest idealny, ale z drugiej strony niesamowicie ciekawy i absorbujący.
Poza tym oglądając wszystkie prace Kozyry można było dostrzec z jak wielką pasją i precyzją zostały one wykonane, a także jak dużą satysfakcję daje jej tworzenie, bez względu na to co mówią inni – za to ode mnie dodatkowy plus, ponieważ sztuka to właśnie pasja.

EG.

Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • Blip
  • Digg
  • Technorati
  • del.icio.us
  • Blogger.com
  • LinkedIn

Tłumaczenie dzieł Stanisława Lema

sty 16

Stanisław Lem jest jednym z najbardziej znanych i cenionych za granicą polskich pisarzy science fiction. Jego wyobraźnia i kreatywność pozwalała mu na tworzenie niezliczonej ilości neologizmów. Bywa, że cały stworzony przez Stanisława Lema świat jest, z językowego punktu widzenia, światem nowych słów. Domyślać się zatem można, że tłumaczenie dzieł Lema na język obcy stanowi dla każdego tłumacza nie lada wyzwanie. Jest to także okazja do zaprezentowania swoich umiejętności, wyjścia poza ramy zwykłego przekładu i stworzenia czegoś niepowtarzalnego.

Neologizm jest wyrazem stworzonym w celu nazwania nieznanego wcześniej przedmiotu lub uzyskania zamierzonego efektu artystycznego. Jak zatem przełożyć neologizm, skoro jest to nowe słowo, niewystępujące w słownikach? Tłumacz musi stworzyć własny neologizm, kreując świat przedstawiony na nowo. Czy jest to niewykonalne? W przypadku dzieł Stanisława Lema na pierwszy rzut oka może się takie wydawać. Dla przykładu zacytuję fragment opowiadania Wyprawa Pierwsza A, czyli Elektrybałt Trurla (S. Lem, Cyberiada, Kraków 1978, s. 206):

Apentuła niewdziosek, te będy gruwaśne

W koć turmiela weprząchnie, kostra bajtę spoczy,

Oproszędły znimęci, wyświrle uwzroczy,

A korśliwe porsacze dogremnie wyczkaśnie!

Mimo tych trudności teksty Stanisława Lema tłumaczone są na szereg języków, co świadczy o tym, że wielu tłumaczy podejmuje się twórczego zadania, jakim jest przekład neologizmów. Dobrym przykładem udanego tłumaczenia powyższego fragmentu Cyberiady jest angielski przekład autorstwa Michaela Kandela z 1974 roku:

Pev’t o’ tay merlong gumin gots, Untie yun furly pazzen ye, Confre an’ ayzor,

ayzor ots, Bither de furloss bochre blee!

Inną charakterystyczną dla twórczości Stanisława Lema cechą jest występowanie licznych gier językowych. W Cyberiadzie pojawia się na przykład „matematyczny poemat o miłości”, naszpikowany takimi elementami. Jeden z głównych bohaterów opowiadania tworzy maszynę – tytułowego Elektrybałta, któremu następnie zleca układanie najbardziej nieprawdopodobnych poematów – jednym z nich  jest właśnie „matematyczny poemat o miłości”. Oto jego fragment:

Ja punkt, wchodzący w układ holonomiczności,

Pozbawiany współrzędnych zera asymptotą,

Tak w ostatniej projekcji ostatnią pieszczotą

Żegnany – cybernetyk umiera z miłości.

Przetłumaczenie tego fragmentu wymaga od tłumacza nie tylko wiedzy matematycznej, ale przede wszystkim  ogromnej wrażliwości poetyckiej. Z zadaniem tym świetnie poradził sobie Jurij Popsujenko – tłumacz ukraińskiej wersji Cyberiady – (S. Lem, Kiberiada, Kyjiw, Dnipro 1990). Oto jego interpretacja fragmentu „matematycznego poematu o miłości”:

Як пункт, що входить до голонімічної системи,
Позбавленої координат нуля асимптотою,

Так в останній проекції останньої ласки доторк
Кібернетика вбиває від любовних взаємин.

Charakter pracy nad tego rodzaju tłumaczeniami dowodzi dwóch rzeczy – proces przekładu jest w podobnych wypadkach zadaniem wieloaspektowym, a praca tłumacza polega bardziej na interpretowaniu niż na szukaniu najlepszych odpowiedników danych słów.

Urszula Markowicz

Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • Blip
  • Digg
  • Technorati
  • del.icio.us
  • Blogger.com
  • LinkedIn

 
Atominium © www.atominium.com