Szukaj

Posty RSS

Komentarze RSS

 

Czy wszystko można i warto „spolszczać”?

lip 31

Często z różnych sfer usłyszeć można głosy, że „Polacy nie gęsi i swój język mają”, że naszą przestrzeń publiczną otacza bełkot różnego rodzaju reklam – napisów czy też billboard’ów w wielu rozmaitych językach. Większość witryn sklepowych zdobi, lub (według niektórych) – szpeci anglojęzyczny SALE.

I tu pojawia się pierwsze pytanie, czy nie można zastąpić tego napisu polskim odpowiednikiem WYPRZEDAŻ? Bardziej radykalni obrońcy czystości polskiej mowy zapewne chętniej widzieliby tłumaczenie nazw własnych importowanych, zagranicznych produktów, jakie pojawiają się na półkach naszych sklepów w zamian za, pochodzące z różnych źródeł szyldy.

Jednak, czy nie jest to już przesada? Czy niektóre tłumaczenia nie byłyby śmieszne, czy nie brzmiałyby wręcz karykaturalnie?

Zacznijmy od działu spożywczego. Batonik „Kinder Bueno” nosiłby nazwę „Dzieci Białe”. Musicie przyznać, że brzmi to dziwnie, a nawet zakrawa o rasizm. Do popicia batonika na celowniku stawiamy napój energetyzujący „Red Bull”, a tu pojawia się – o zgrozo! – „Czerwony Byk (co w polskich realiach niektórym może się kojarzyć co najwyżej z winem z dolnej półki).

Przenieśmy się do drogerii, aby zakupić kosmetyki i środki higieniczne. Tutaj, zamiast kosmetyków męskich marki „Old Spice” pojawia się „Stara Przyprawa”. Zaraz, jak to – przecież opuściliśmy już dział spożywczy? Tuż obok znajdujemy niejaki szampon o nazwie „Gołąb” – czyli słynny „Dove”. W naszym położeniu – biorąc pod uwagę liczne zanieczyszczenia powodowane w miastach przez gołębie – kojarzy się to raczej pospolicie i nie wyraża subtelności czy delikatności, o którą w domyśle chodziło producentowi. Natomiast po dosłownym przetłumaczeniu nazwy dezodorantu „Axe” zastanawiam się, czy nie powinien znaleźć się on na dziale ogrodniczym lub narzędziowym, bo po polsku jest to po prostu „siekiera”. W kontekście dezodorantu jest to raczej mało zachęcająca nazwa, gdyż w Polsce zwykło się mówić tak o panującym w pomieszczeniu zaduchu!

Jednak nie wszystkie nazwy po dosłownym tłumaczeniu na język polski straciłyby swój marketingowy walor. Papier toaletowy „Velvet” przywodziłby na myśl delikatny „Aksamit”, a czekoladki „Merci” ze swoim odpowiednikiem „Dziękuję” nadal idealnie nadawałyby się jako dowód wdzięczności dla mamy czy teściowej.

Jak sami widzicie, nie wszystko da się dosłownie przetłumaczyć. Dlatego często w przypadku tłumaczeń dla branży marketingowej stosuje się lokalizację, usługę polegającą na doborze tłumaczenia do kontekstu kulturowego.

(PK)

Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • Blip
  • Digg
  • Technorati
  • del.icio.us
  • Blogger.com
  • LinkedIn

Komentarze zostały zamknięte.

 
Atominium © www.atominium.com