Kto nie lubi od czasu do czasu ulec zakupowemu szaleństwu? W listopadzie mamy do tego najlepszą okazję – z okazji Black Friday sklepowe banery kuszą nas dużymi obniżkami cen. I choć w Polsce to dość nowa tradycja, o dużo mniejszym rozmachu niż w krajach anglojęzycznych, to wiele osób poluje na promocje i tego dnia udaje się na zakupy. Skąd jednak wzięła się nazwa tej zakupowej gorączki?
I dlaczego mówimy akurat o „czarnym” piątku?

Prawdopodobnie po raz pierwszy użyto tego terminu w 1869 roku, kiedy nastąpił kryzys na rynku złota. Kupcy określali nim katastrofę finansową. Mówi się też, że firma jest w czerni, jeśli jest rentowna. Podczas Black Friday sklepy „wychodzą z czerwieni” i przechodzą w czerń, ponieważ odnotowują wysokie wyniki sprzedaży. Takie nazewnictwo ma podłoże historyczne – dawniej firmy zapisywały w księgach rozliczeniowych straty kolorem czerwonym, a zyski – czarnym.

Innym wytłumaczeniem tej nazwy jest fakt, że tego dnia w okolicy sklepów tworzyły się gigantyczne korki. Określenie Black Friday zaczęli więc stosować kierowcy autobusów i policjanci, którzy podkreślali problemy w poruszaniu się w okolicy centrów handlowych. Co ciekawe, wspomniani wcześniej kupcy chcieli, aby policjanci używali innego terminu na opisanie tej sytuacji (Black Friday był według nich zarezerwowany na określenie krachu na giełdzie). Zaproponowali Big Friday, czyli
w tłumaczeniu na język polski Duży Piątek, jednak nie przyjęto tej nazwy.

Kolejną możliwością jest teoria, że w tym dniu wiele osób zwalniało się z pracy, aby przedłużyć świętowanie Dnia Dziękczynienia. Istnieje również mroczna strona Black Friday, która może odzwierciedlać użycie słowa „black” w nazwie. Tłumy pod galeriami handlowymi są niekiedy bardzo duże, a agresywne zachowanie klientów prowadzi do niebezpiecznych sytuacji i wypadków.
Z powodu funkcjonowania tak wielu równoległych teorii przyjęło się więc, że ten zakupowy piątek musi być „czarny”.

Jak natomiast obchodzą ten dzień Polacy? Zacznijmy od samej nazwy, którą w naszym kraju stosuje się w zależności od upodobań językowych – można spotkać się z oryginalnym Black Friday jak również z przetłumaczoną wersją Czarny Piątek. Niektóre sklepy oferują zniżki przez cały tydzień
i wtedy szumnie ogłaszają wprowadzenie Black Week. Z kolei w poniedziałek następuje Cyber Monday, czyli możliwość na zrobienie atrakcyjnych zakupów przez Internet. W języku polskim określa się go jako Cyberponiedziałek, Cybernetyczny Poniedziałek czy też Cyfrowy Poniedziałek lub po prostu przyjmuje się wariant angielski. Można jednak zauważyć, że przedsiębiorcy wolą pozostać przy oryginalnych wersjach językowych tych nazw. Black Friday zaczyna być „świętem” międzynarodowym, które staje się popularne w coraz większej liczbie krajów. Dzięki zachowaniu angielskich wariantów polscy właściciele marek sklepowych wykazują otwartość na światowe trendy
i docierają do szerszego grona odbiorców.

Czy jednak Polacy mogą liczyć na równie duże rabaty co Amerykanie? Niestety daleko nam jeszcze do poziomu wyprzedaży, z jakimi można się spotkać za oceanem. W Polsce zwyczaj obchodzenia Black Friday sięga dopiero kilku lat, ale może w przyszłości przedsiębiorcy będą mogli zaoferować nam naprawdę korzystne oferty. Dobrze jest jednak obserwować, jak tradycje z różnych kultur przenikają się i docierają do różnych zakątków świata. Zapożyczyliśmy już Walentynki, Halloween, Black Friday – ciekawe, co będzie następne? Przy okazji warto zwrócić uwagę na angielski idiom
w tytule artykułu – takie smaczki tylko w Biurze Tłumaczeń Atominium!

Pomożemy w tłumaczeniu.Zadzwoń