„Władca Pierścieni” autorstwa J.R.R. Tolkiena – klasyka literatury fantastycznej – mimo pięćdziesiątki na karku, wciąż cieszy się dużą popularnością i zyskuje nowych wielbicieli. Planowana na okolicę przyszłorocznej Gwiazdki pierwsza część ekranizacji „Hobbita” z pewnością wzmocni zainteresowanie twórczością angielskiego pisarza.

Na półkach polskich księgarń można znaleźć kilka wersji tłumaczeń „Władcy Pierścieni”. W opinii czytelników tłumaczenie Marii Skibniewskiej (będące zresztą najstarszym przekładem powieści Tolkiena) najlepiej oddaje oryginał. Najwięcej kontrowersji i emocji wzbudziła wydana w latach dziewięćdziesiątych wersja Jerzego Łozińskiego. Zdecydował się on przetłumaczyć z języka angielskiego nazwy własne. Efekt był… co najmniej interesujący. Wytypowanie najbardziej oryginalnego terminu właściwie graniczy z cudem. O ten „zaszczytny” tytuł rywalizują m.in. Frodo Bagosz (w oryginale – Frodo Baggins), Sam Gaduła (znany większości jako Sam Gamgee) czy też krzat (w oryginale – „dwarf”). Ten ostatni przykład świadczy o dużej niechęci tłumacza do chodzenia na skróty, gdyż nie skorzystał on z powszechnie używanego polskiego odpowiednika „dwarfa”, jakim jest krasnolud. Tłumaczenie Łozińskiego odbiło się szerokim echem wśród miłośników „Władcy Pierścieni”. Choć przekład ma swoich zwolenników, chwalących go za wspaniały styl oraz łatwy i przystępny język, to serwisy Tolkienowskich społeczności internetowych pełne są komentarzy potępiających w czambuł efekt pracy Łozińskiego. Powstało nawet pojęcie „łozizmu”, rozumiane jako tłumaczenie niezręczne i zbyt odmienne od tradycyjnego.

Tymczasem u samego Tolkiena znajdziemy argumenty, które mogą przemawiać za słusznością obranej przez Łozińskiego strategii. Twórca Śródziemia, samemu będąc filologiem, chciał udzielić rady tłumaczom jego powieści. Jak przystało na profesora Oxfordu, była to pomoc konkretna i całkiem obszerna, w postaci około 25-stronicowego „Przewodnika po nazwach własnych we «Władcy Pierścieni»”. Część pojęć i nazw zalecał pozostawiać w oryginale, a w przypadku reszty z nich zachęcał do znajdowania najlepszych w danym języku odpowiedników. Jeżeli Łoziński przeczytał rady autora, to potraktował je dość wybiórczo. Kraj Hobbitów – „Shire” w przekładzie Łozińskiego występuje jako „Włość”. Dla większości wielbicieli Tolkiena brzmi to obco, a jest to nazwa przetłumaczona całkowicie zgodnie z oryginałem. Inne przypadki nie są już zadowalające ani dla miłośników powieści, ani dla filologów. Przykładem może być chociażby ww. „Bagosz”, który słabo oddaje znaczenie angielskiego Bagginsa („bag” w języku angielskim to po prostu torba, worek). Dziwnie czyta się także o tym, że Frodo wyrusza z Rivendell na niebezpieczną misję, wspierany przez… Bractwo Pierścienia.

Marcin Bień

Komentarze

  • Oskar

    W pierwszej części „Matrixa” też na polski przetłumaczono nazwy własne. Imiona „Trójca” czy „Czołg” wypadały w kontekście słabiej niż w wersji angielskiej. Może to jednak nasza słabość do zagranicznych nazw:)

  • Nina

    Z jednej strony faktycznie może to być słabość do zagranicznych nazw, a z drugiej świadomie wybrana strategia tłumacza, polegająca na pozostawieniu w tekście tłumaczenia realiów typowych dla oryginału. Decyzja dotycząca przekładu takich fragmentów nigdy nie jest łatwa 🙂

Call Now ButtonPomożemy w tłumaczeniu.Zadzwoń
Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial
LinkedIn
LinkedIn
Share
Instagram
RSS