Chyba każdy z nas znalazł się kiedyś w sytuacji, gdy oczekiwanie w restauracji na zamówione dania dłużyło się niemiłosiernie. Część ludzi popija wtedy napój lub delektuje się przystawką, natomiast niektórzy – w tym także ja – zagłębiają się w pozycje z karty dań, porównując ich nazwy polskie (wraz ze składnikami, opisami, etc.) z tłumaczeniem na inny język, zazwyczaj angielski. Wydawać by się mogło, że takie tłumaczenie nie jest niczym skomplikowanym. Jednak jakim zaskoczeniem jest gdy odkrywamy, że np. tajemniczo brzmiące Denmark from meat to nic innego jak dania mięsne! Całkiem niedawno, w maju 2013 r., jedna z restauracji w Poznaniu oferowała swoim klientom menu zawierające potrawę, która skutecznie zniechęcała obcokrajowców do zamówienia czegokolwiek w tym miejscu. Dlaczego? Otóż niczemu nie winne szyjki rakowe zostały przetłumaczone jako cervical cancer, czyli rak szyjki macicy!

Choć wydawałoby się, że coraz więcej osób zna język angielski, to takich błędów tłumaczeniowych jest niestety wciąż dużo. Z czego więc one wynikają? Sądzę, że osoby, które podejmują się amatorskiego tłumaczenia są mylnie przekonane, że dobrze znają język obcy. Bądź też pomyłki te są skutkiem przepuszczenia tekstu wyjściowego przez translator, bez jakiejkolwiek krytycznej oceny otrzymanego tekstu docelowego. Chyba każdy się ze mną zgodzi, że żadna renomowana restauracja nie powinna dopuszczać do błędów translatorskich ani w karcie dań, ani w reklamie (tj. ulotki, szyldy, strony internetowe, etc.). Warto więc upewnić się, że nasze tłumaczenie jest poprawne zlecając jego sprawdzenie Biuru Tłumaczeń.

Nie tylko Polacy borykają się z takimi problemami. Będąc kilka miesięcy temu na rozgrzanej słońcem Majorce, nocowałam w hotelu z zapewnionym śniadaniem. Już pierwszego dnia pobytu, gdy chciałam zrobić sobie rano aromatyczną czarną kawę, od razu rzucił mi się w oczy napis na przycisku, który miałam właśnie zamiar wcisnąć: Expresso coffee. Pomyślałam wtedy, że przecież każdemu może zdarzyć się błąd, a robienie expresso z espresso jest częste także wśród Polaków. Jednak już chwilę później mój wzrok wędrował po kolejnych przyciskach tego ekspresu, zatrzymując się dłużej na ostatnim: Hot whater.

Hiszpanie są jednym z narodów (podobnie jak Francuzi i Włosi), które mają ogromne problemy z nauką języka angielskiego, a chyba jeszcze większe z poprawną wymową i pisownią. Wynika to ze specyfiki języka hiszpańskiego, w którym litery takie jak ‘h’ i ‘v’ istnieją, ale ta pierwsza jest zawsze niema, a druga wymawiana tak samo jak ‘b’. Jeśli zaś chodzi o pisownię, to Hiszpanie gorzej niż Polacy znoszą fakt, iż angielskie słowa zapisuje się nieraz zupełnie inaczej niż się je wymawia.

Wracając na polskie podwórko, a dokładniej – na krakowskie, wystarczy przejść się głównymi ulicami miasta, by dostrzec liczne błędy kryjące się na szyldach sklepów, restauracji, kawiarni, piekarni, czy kwiaciarni. Poniżej przedstawiam zdjęcie jednego z nich – szyldu, który mijam za każdym razem jadąc tramwajem do Biura Tłumaczeń Atominium. Czasem aż chciałoby się zanucić „Tłumaczyć każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej…”.

A czy wy zwracacie uwagę na pomyłki tłumaczeniowe w przestrzeni miejskiej? Podzielcie się nimi z nami w komentarzach!

(AD)

image_pdfimage_print
Call Now ButtonPomożemy w tłumaczeniu.Zadzwoń
Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial
LinkedIn
LinkedIn
Share
Instagram
RSS