Pismo kaligraficzne, strzeliste pagody, jaśminowa herbata spożywana w cieniu bambusa, tradycyjna zabudowa, malownicze mosty przerzucone nad kanałami wodnymi – dzisiejsze Chiny, przynajmniej te, które dane było mi poznać, niewiele mają wspólnego z typowym obrazem Państwa Środka, jaki maluje się w powszechnej wyobraźni.

—Juyou Hotel, please — zwracam się do taksówkarza po angielsku. Ten odwraca się i szeroko otwiera głęboko osadzone skośne oczy, w nerwach rzuca kompletnie dla mnie niezrozumiałe słowa. Podaję mu kartkę pełną chińskich znaków, na której zapisany jest adres — po raz kolejny kieruje do mnie przeskakujące na różne tony kompletnie obco brzmiące dźwięki. Nie możemy się porozumieć. Tylko tego mi brakowało – za mną wyczerpująca podróż samolotem z Warszawy, przeprawa przez największy na świecie pekiński dworzec autobusowy i kilkugodzinna podróż pędzącym 300 km/h opływowym ekspresem w stronę Suzhou, pierwszego przystanku na mojej podróżniczej mapie. Szybko okazuje się, że problem z komunikacją będzie towarzyszył mi przez cały pobyt w Państwie Środka i nie chodzi tu tylko o aspekt werbalny. Mowa ciała, często wyrażająca to, czego słowami wyrazić się nie da, w Chinach różni się tak bardzo od tej, którą znamy w zachodniej kulturze, że zamiast ułatwiać życie, komplikuje je jeszcze bardziej. Ci, którzy żyją w przekonaniu, że znajomość języka angielskiego pozwoli porozumieć się w każdym zakątku świata, tkwią w wielkim błędzie. Chińczycy nie chcą używać języków obcych. Wrodzona obawa przed porażką kompletnie ich blokuje i większość z nich, widząc przybysza z zewnątrz, będzie unikała go jak ognia.

Po usilnych staraniach w końcu udaje mi się dotrzeć do celu. Niewielki pokój, który wynajęłam, znajduje się przy gwarnej, rozświetlonej jaskrawymi neonami uliczce spacerowej, po której z zawrotną prędkością poruszają się otuleni w puchowe kurtki rowerzyści i kierowcy elektrycznych skuterów. Przeskakuję z boku na bok, aby nie wpaść pod ich koła. Wydaje się, że pieszy ma tam niewiele do powiedzenia. Jak się później okaże poruszanie się po najliczniej na świecie zaludnionym kraju będzie nieustanną walką z otaczającą rzeczywistością. Zakup biletu na skonstruowanym jak labirynt dworcu, czekanie na taksówkę w kilkusetosobowej kolejce, dotarcie na Wielki Mur lokalnym autobusem czy po prostu poruszanie się po ulicy wśród wielotysięcznego tłumu jest, nawet dla doświadczonego podróżnika, nie lada wyzwaniem.

Nieopodal gwarnego, pełnego tandetnych pootwieranych, pomino trzaskającego mrozu, na oścież sklepów centrum znajdują się kanały wodne, dzięki którym Suzhou cieszy się szczytnym mianem „Wenecji Wschodu”. To jedyny spokojny, wydawałoby się nie dający się zwariować pogoni za nowoczesnością, zaułek w mieście, gdzie wciąż można podziwiać dawną zabudowę.

Kilka kroków dalej, nad olbrzymim jeziorem Taihu, rozpościera się widok na niezliczoną ilość drapaczy chmur, które idealnie wpisywałyby się w panoramę amerykańskich metropolii i tylko nieliczne pagody przypominają mi, że jestem w Państwie Środka. W ostatnich latach, na gruzach dawnego bogactwa architektonicznego Chin masowo niszczonego w trakcie Rewolucji Kulturalnej, Chińczycy wznieśli nowoczesne ośrodki mieszkalne i biznesowe, które biją nowe rekordy wysokości. W czołówce gigantów wciąż utrzymuje się Szanghaj, który posiada największą ilość wieżowców na świecie. O miano najwyższego budynku na globie walczy obecnie miasto Changsha, które planuje wybudować mieszczący w sobie małe miasto (szkoły, restauracje, biura, hotel i szpital!) drapacz chmur o wysokości 838 metrów. Szokujące, i rozczarowujące zarazem, jest tempo, w jakim nowoczesny i skomputeryzowany świat przejął kontrolę nad krajem o tak bogatej kulturze i tradycji. Chiny to największy eksporter świata i importer ropy, od kilkunastu lat tempo wzrostu gospodarczego nie schodzi poniżej 7%. Efekty widać gołym okiem – zmienia się krajobraz, zmienia się społeczeństwo. Młodzież podąża za ostatnimi trendami mody, każdy ma w ręku najnowszego iphona, po ulicach mkną sportowe samochody, a pociągi osiągają zawrotne prędkości.

Ale dopiero widok rozpościerający się z najwyższego piętra jednego z kolosalnych wieżowców pozwala dostrzec prawdziwy obraz Chin. Obok tej parady nowoczesności, u stóp nowo powstałych center handlowych, wciąż tętnią życiem typowe azjatyckie targowiska różnorodności, na których podcina się ptactwu gardło i żywcem obdziera się ze skóry zwierzynę. Wielu Chińczyków wciąż wsiada na rozklekotany rower i w wolne od pracy dni paraduje po ulicach w ciepłej frotowej piżamie. Ich kultura osobista wciąż pozostawia wiele do życzenia – nieustannie chrząkają i plują, wszędzie się pchają, zajadają się wędzonymi kurzymi łapkami, a po posiłku zostawiają wokół siebie straszny bałagan. Tysiące osób, na skutek rosnącego zanieczyszczenia powietrza, nie wychodzi na ulicę bez ochronnej maski. Pomimo tych kontrastów partia komunistyczna potrafi trzymać w ryzach ten najbardziej zaludniony na świecie kraj. Sytuacja wymyka się z rąk, gdy nadchodzi Nowy Rok i rozpoczyna się exodus określany mianem największej migracji na świecie. Około 130 milionów pracowników fabryk, zlokalizowanych w największych metropoliach kraju, wraca wtedy w rodzinne strony i przewraca Chiny do góry nogami.

Kilkutygodniowa podróż po wschodniej części państwa Mao Zedonga pozwoliła mi namalować aktualny obraz tej części Chin. Mam nadzieję, że inne rejony Państwa Środka jawią się w żywszych niż te, które dane mi było zobaczyć kolorach. Bo każdy podróżnik, który postawił stopę na tej ziemi, będzie musiał przyznać, że pomimo iż Chiny desperacko próbują dogonić zachód, to interpretują jego realia na swój, całkiem odmienny i nie do końca dla nas zrozumiały sposób.

(AZ)

image_pdfimage_print
Call Now ButtonPomożemy w tłumaczeniu.Zadzwoń
Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial
LinkedIn
LinkedIn
Share
Instagram
RSS